niedziela, 6 stycznia 2019

Nocleg na jednym z najsłynniejszych obrazów w historii, czyli metafora mojego życia.





Często myślę o swoich podróżach i szukam tego jednego dnia, tej jednej chwili, tego jednego okresu z mojego świadomego życia – choć, muszę przyznać, to po prostu króciutkie okresy zawierające się w jednym zbiorze tychże okresów, najczęściej podobnych do siebie: gdy postanawiam myć się codziennie, włosy i zarost skracać po trzy długości golarką elektryczną, prasować sweter i eleganckie, stonowane koszule, czy używać drogich perfum – który był w moim życiu w drodze najważniejszy i po głowie chodzą mi przeróżne momenty z mojego życia, o których nie pisałem.
Przypomina mi się szesnastoletni chłopak z Cockerem i Stereophonic na słuchawkach, jadący na 11 konnym motocyklu w mroźne dni, w dobrej, czarnej Modece, ale zwykłych butach, puszczających zimno rękawiczkach i tylko ochraniaczach na kolana i golenie (i późniejsze nieprzespane noce przez przewiane mięśnie i stawy). Przypominają mi się półdługie włosy i odkładanie każdego grosza na paliwo - raz nawet zatarłem silnik, bo żal mi było pięćdziesięciu złotych na olej – wolałem zawsze gdzieś pojechać. A wtedy motocykl był całym moim światem: raz byłem starym harleyowcem, gdy usiadłem bliżej baku i wlokłem się przepisowo, po okolicznych miejscowościach, a innym razem miałem ścigacza, gdy owiewkę spuszczałem niżej i siadałem na tylnym siedzeniu, by opuścić korepetycje z angielskiego i pobić chociaż o kilometr rekord prędkości.
Przypomina mi się ta piosenka, „Maybe Tomorrow”, która była wtedy ze mną wszędzie. Wtedy, gdy nie mogłem zapiąć gaci z zimna na granicy Słowackiej w zerowych temperaturach podczas wagarów w czasach licealnych i wtedy, gdy stałem pod jedną z tych drewnianych wiat na podhalańskich zadupiach w deszczu i planowałem, że już, zaraz pojadę w prawdziwą podróż, tylko zdobędę się na większą odwagę. Była też ze mną wtedy, gdy podczas mroźnych zim czytałem o jeszcze większych popaprańcach ode mnie, którzy te okresy bycia w drodze wydłużali do nieskończonych wtedy dla mnie rozmiarów; była wtedy, gdy na wiosnę spałem po raz pierwszy w życiu w tanim namiocie koło domu i się strasznie bałem, chociaż nikomu o tym potem nie powiedziałem i była ze mną wtedy, gdy jako siedemnastolatek zrobiłem około 1300 kilometrów do domu nad morzem i spowrotem.
Myślę wciąż o tej jednej chwili, w ten kolejny, mroźny, dziwny wieczór i widzę więcej: siebie w wieku osiemnastu lat, przeraźliwy strach przed pierwszą, prawdziwie samotną podróżą bez określonego celu i to, jak odpadał mi wtedy źle przywiązany namiot i bolał tyłek, bo cały czas odkręcającą się szybę wsadziłem na tylne siedzenie, a kupowane w wielkim stresie i zmęczeniu papierosy gdzieś na wschodzie Polski zalały mi energy drinki. Przypomniałem sobie nawet, jak brudna była moja twarz i ręce w drodze i jak wstydziłem się wtedy tego, ale wieczorem, po ukąszeniu przez przynajmniej 10 komarów za Białymstokiem siedziałem sam na czyichś polach i paliłem jedynego ocalałego papierosa. Wyobraźcie sobie tamten moment: pierwsza prawdziwa noc na dziko i ja sam na polach. Nie miałem pojęcia o byciu w drodze – nie wziąłem wtedy nawet karimaty i pół nocy miałem nieprzespaną. Nikomu wcześniej o tym nie mówiłem. Następnego dnia był morderczy rajd, ponad 17 godzin w drodze. Będę pamiętał tamten dzień do końca życia, z trzepiącym się motocyklem od prędkości, nieładującym kablem do telefonu, bez nawigacji, bólem karku i zmęczenia. Nie był to jednak TEN moment. To był dopiero początek.
Piłem piwo przy minusowych temperaturach zimą w samochodzie odwiedzając Bratysławę, Budapeszt, Wiedeń i Pragę w dwa dni, czy jedząc rybę nad morzem przy stojącym obok czarnym streetfighterze, dwieście pięćdziesiątce. Byłem samochodem w Rumunii i  nawet w Paryżu, gdzie miałem wielkie szczęście odwiedzić jeszcze raz Francję, po nieudanym ataku na Afrykę w 2016 roku na dostarczonym chińskim Junaku 125, a w wakacje 2018 zaliczyłem najdłuższą podróż w swoim życiu, docierając aż do Barcelony na turystycznym BMW.
Miałem szosówki, turystyka, małego sporta i nawet cruisera 700cm3, który budził rano mieszkańców sąsiedniego bloku i przerywał lekcje na uniwersytecie; zrobiłem przynajmniej 10 tysięcy kilometrów motocyklem w deszczu, miałem dwa wypadki w Polsce, jeden w Niemczech, ale przede wszystkim spotkałem mnóstwo życzliwych ludzi na swojej drodze, którzy nie zmienili mnie bezpośrednio, ale przyczynili się w całej tej kupie moich wariackich przygód do zmiany siebie.
Przypominam sobie to wszystko i cały czas myślę o tym jednym dniu, tej jednej chwili, która była dla mnie najważniejsza w tym zbiorze okresów bycia w drodze i w końcu dociera do mnie ta chwila, ten jeden moment.
Chwilą, którą będę pamiętał do końca życia, którą będę opowiadał swoim wnukom, której nie żałuję i co więcej, z której jestem dumny (bo chwila ta ukazuje idealnie mnie – jest wariacka, z pozoru na wpół dojrzała, ale wywołuje zawsze uśmiech, cudowne wspomnienia i wewnętrzne zmiany), to jeden krótki wieczór z końcówki lata 2016 roku, gdy spałem dokładnie w tych samych polach, które namalował Vincent van Gogh w lipcu 1890 roku, w Auvers-sur-Oise.
To był trzeci dzień w siodle, miałem na sobie brązowe trzewiki, czarne rurki, i czarną skórę. Popołudnie francuskimi ekspresówkami zaczynało tracić ostatnie tchnięcia dnia. Aura zrobiła się ponura, niebo wściekle granatowe. Nie czarne, tylko właśnie granatowe, co wywoływało we mnie przejmującą ciekawość, i ten rodzaj adrenaliny, jakbym miał odkryć zaraz jakąś tajemnicę. Gdy dojechałem do Auvers, wieś wydała mi się prawie całkowicie opustoszała – pewnie ze względu na porę. Wjechałem od dziwnej strony, bo od razu za znakiem zorientowałem się, że minąłem przecież jeden z obrazów – kościół w Auvers. Potem, odpuszczając zwiedzanie wsi (co nastąpiło potem), wjechałem stromą drogą na samą górę, nie wiedząc uprzednio, że znajduje się tam cmentarz i słynne pola. W ogóle samo miejsce jest przedziwne: cała wieś to ciasne uliczki i zbite domy, a za tą dróżką płaska, duża przestrzeń wynurzająca się z lasów.
Spędziłem tam więcej czasu niż powinienem, bo zaczęło robić się zimno, a ciemno było już zupełnie. Postanowiłem jeszcze zobaczyć gospodę Ravoux, gdzie zmarł Vincent i dom Paula Gacheta, aż w końcu zorientowałem się, że pora szukać noclegu. Tu miałem utrudnione zadanie, ponieważ wtedy internet był jeszcze drogi i skończyły mi się pieniądze na telefonie. Kluczyłem po całym Auvers i nie mogłem znaleźć nic, wzrastała też frustracja, bo wiedziałem, że tego dnia nie skontaktuję się z rodziną.
Po kluczeniu dobrą godzinę, do głowy na dobry nocleg przyszły mi tylko „Pola pszenicy z krukami”. Było już późno, cholernie zimno, więc pomysł uznałem za dobry.
Wjechałem główną ścieżką tych pól motocyklem, jak leci, na wyłączonych światłach. Na końcu pól ciężko było znaleźć równy teren, a ponadto było tak zimno, że złamałem stelaże od namiotu. Tamta noc zapadła mi właśnie najbardziej w pamięć: daleko od domu, z połamanymi stelażami, nikt nie wie o tym, gdzie jestem; przed sobą kawałek szmaty, pod którą będę spał w temperaturach spadających prawie do zera, ale jednak szczęśliwy! Byłem szczęśliwy, w śmiesznej bandanie założonej na głowie jak to robią starsze babcie, z dwoma piwami i brudnym, przemarzniętym tyłkiem.
To jestem cały ja – jutro znów włożę koszulę i płaszcz, spędzając cały dzień w drodze, w pracy, słuchając opowiadań dziesiątek ludzi i spotkam się też pewnie niedługo z Tobą - jak zobaczysz, że mam głupawkę, to znaczy, że przypomniałem sobie, że srałem kiedyś w przydrożnych krzakach daleko od domu i spałem na gołej ziemi w śmiesznej chuście wiele kilometrów od domu, na jednym z najsłynniejszych obrazów w historii sztuki.
I wiesz co? Wtedy pomyśl, proszę, że życie jest zbyt krótkie, żeby być zbyt poważnym. Każdy przecież ma swój obraz i przydrożne krzaki, w których się załatwił paląc papierosa i gwiżdżąc z uśmiechem.



czwartek, 3 stycznia 2019



Ja kocham ją,
Ja kroczę z nią,
ludzie nazywają ją chyba adrenaliną.
W moim świecie jest gdzie okiem spojrzeć,
czasu sporo upłynęło bym nauczył się z nią dojrzeć, i
sam nie wiem czy
Ona wybaczy mi
że chwilami chcę ją opuścić i mieć spokojniejsze dni, ale..

Jestem Menem chyba, 
I ta sytuacja impasem się nazywa,
gdy w męskim świecie czuję się jak człowiek z blizną,
bo by być mężczyzną
muszę być adrenaliną, muszę żyć nią, 
kurwa, muszę być nią.

Dlatego, gdy świat nie widzi, widzę spokojniejsze sny,
tam gdzie ona jest, tam gdzie jesteś Ty.
Tam gdzie ona śni,
tam gdzie są lepsze dni,
tam, gdzie do dziecka trzymającego Cię za ręce, mówisz Ty:

Papieros w mordzie,
rozpięta koszula w lecie,
doświadczenie zamknięte w półlitrówce na grzbiecie;
mam dużo blizn, Kochany, ja jestem blizną,
ale ponad wszystko jestem mężczyzną,
jestem mężczyzną...
Też nim kiedyś będziesz,
więc nie pozwól, żeby Cię strzegli,
jeśli będzie trzeba, synu, biegnij, biegnij, biegnij!
Więc nie pozwól, żeby Cię kiedykolwiek strzegli,
jeśli będzie trzeba, biegnij, biegnij, biegnij!

Zamknięte okna, szyby wybite,
walczę z nią w środku, me odbicie krzywe,
w tych kawałkach szyb potłuczonych.
Nie czuję się urażony,
w środku nigdy nie przestraszony,
gdyż uczono mnie, by nie bać się niczego.
I co z tego, synu, co z tego.

So
I wanna be a King
until i am,
a man is just a man i understand.
I wanna be a man,
until i am.
A man is just a man
i understand.

Man,
oh man oh man,
oh man,
oh
man.












czwartek, 27 grudnia 2018



Zatańcz ze mną, jeszcze raz, jak dawniej,
byliśmy szczęśliwi przez tamtą chwilę.
Teraz umiem tańczyć, kroków nie pomylę.
A mówiąc dosadniej,
wystaw mi jeszcze raz ocenę,
Daj mi nawet cztery z pięciu gwiazdek, 
nie będę się wygłupiał, taniec zmienię
ćwiczyć będę, nawet gdy zasnę. 

Zatańcz ze mną, jeszcze raz, 
bo dotarłem na niemocy krańce.
Gdy ferajna tańczy, ja nie tańczę
kiedyś na jeden, teraz na dwa różańce.

Zatańcz ze mną jeszcze raz, jak dawniej,
byliśmy szczęśliwi przez tamtą chwilę,
zaciszymy scenariusze,
przeszłość może myśleć, że się mylę,
co jej do tego.

środa, 26 grudnia 2018


Widzisz dużo odmian Poe'go stworzenia;
One potrafią latać, a mnie z nimi nie ma.
Powiedzże więc, co musi się zmienić, a co się nie zmienia,
powiedz, Panie Przejściowy, daj mi chwilę wytchnienia,

na tej samej drodze, dobrze?

Moja wilcza ścieżka nie przeznaczona dla Ciebie,
później nie będziesz mógł mówić, że byłeś w niebie;
droga tam dla każdego, ale nie wiem, jak długa.
Jestem podróżnikiem, by żyć ciągle; i żyję, bo nie mrugam,

gdy Ty, tymczasem, śpisz w codzienności.

Zdradź, Panie Przejściowy, coś ze swoich podróży,
pokaż część drogi, przebudzenia zaczynają nużyć.
Nie zmieniaj się jeszcze w Kruka.

Powalcz jeszcze trochę i spróbuj odszukać,
Nie przejściową, lecz wieczną chęć do nowych przebudzeń,
na ścieżkach przejściowych samców;
i nie miej złudzeń - Ty i inne kruki - że możecie już na sen raz za razem nie zdążać,
i że możecie znienawidzić podróżników, ale radzę za nimi podążać.

Czekam.








wtorek, 11 grudnia 2018



Chciałbym, żeby wczorajsze jutro pozostawało snem
a czerń jutrzejszego wczoraj zostawiła me serce.
I chciałbym - gdy zaczynam śnić - bym rodził się,
bo w białej koszuli widzę dojrzalej i więcej.

Więc śnijmy.

Ja śnię, że jestem znów bratem dziecka na wzgórzach i lasach.
Zarówno On, jak i ja - każdą chwilę chłonę.
Zapisujemy czyste kartki, o naszych czasach;
i śnię, że czystość dzieciństwa pozostała mym domem.

I śnię, że marzenia senne stały się rzeczywistością
bo do eleganckiej koszuli ubrałem zarost i blizny, ty starcze.
Jednak będę się prał, golił i goił snów przyszłością,
Bo śnię, że walczę i walczę i walczę.

Konsekwencja snu o życiu - prawdziwym obrazem;
coś pozornie nie do zmiany - nagle wszystko zmienia.
Śnię, że z tymi, co w sercu, po śnie - zawsze razem.
Przez mroku odchody, czyli łzy oczyszczenia.

I nagle śnię, że po wczorajszym jutrze też jest dzień, 
więc nie mogłem śnić, to nie mógł być sen.

Wtedy zobaczyłem Cię.
To jest mój najlepszy sen.




czwartek, 21 czerwca 2018

Cześć. Napisałem książkę


O podejmowaniu pierwszych razy, w określonej chwili nieświadomych czasem samych w sobie i wynikających z nich nieuniknionych konsekwencji.
O próbie pogodzenia się ze śmiercią, przy jednoczesnej, niesamowitej próbie życia targanego pasjami.
O tym, jak próbujemy złapać moment, w którym stajemy się dorośli. Ten jeden, nieuchwytny, płynny, przejściowy.
Czasami ruszam na siłę przeszłość, by poczuć to znowu. Swojej przyszłości w przeszłości dziękuję, bo mi wybaczyła za dużo razy.
Czasem dobrze się zgubić, by odnaleźć swoje miejsce.
Do kupienia w empiku, bonito, na stronie wydawnictwa i w niektórych księgarniach stacjonarnych.

http://www.empik.com/catch-her-in-the-rye-kuzniar-krzysztof,p1203174664,ksiazka-p
https://bonito.pl/k-1479515-catch-her-in-the-rye
https://novaeres.pl/katalog/tytuly?szczegoly=catch_her_in_the_rye,druk

środa, 22 listopada 2017

Dwa lata temu byłem Pięknym Dwudziestoletnim



Słowem wstępu: 22 września 2015 roku, pani Agata z serwisu LubimyCzytać, poinformowała mnie, że wygrałem konkurs Instytutu Książki. Nagrodą była koszulka z nadrukiem Hłaski lub Nałkowskiej.
Trzeba było napisać tekst, opisujący naszą wizję spotkania – gdyby do niego doszło – dwóch wyżej wymienionych pisarzy. Zamieszczam ten tekst, bo czytając go po ponad dwóch latach, bije od niego zatrważająca dojrzałość stylu jak na tamten okres.
Koszulkę sprzedałem, Yamaha zrobiła za nią 300 kilometrów. Dzięki Marek.
***

Przygasającą sławę starej panny postanowiono ratować przez świadomych jej nieuchronnej śmierci ludzi – rok wcześniej nagrodzono ją Państwową Nagrodą Literacką.
Wielu pominęło fakt, że ta blada, w niczym nie przypominająca już damy z papierosem w ręku, prowadzącej żywe rozmowy o kulturze i sztuce, goszcząca Gombrowicza, Piłsudskiego i (jednego z niewielu mężczyzn który sprawiał że wreszcie nie wiedziała co powiedzieć) Witkacego kobieta otrzymała już tę nagrodę kilkanaście lat wcześniej.
Rok później, w 1954 roku, gdy wychodziła już tylko z pomocą pielęgniarek na ulicę nazwaną na cześć Emilii Plater, on był wschodzącym młodym prospektem, którego wiele opowiadań było publikowanych w różnych czasopismach; żył pod parasolem sławy, protekcji, chodząc w swetrze, ulubionej kurtce szoferskiej i najprawdziwszych wranglerach. Kiedyś była poczytną pisarką, oraz osobą w Zarządzie Głównym Związku Literatów Polskich – słyszał o niej i tylko dlatego myśli o niej przemknęły mu przez ułamek chwili podczas gdy patrzył na jej niepewny już krok i szklące się oczy starego świadka.
Nie było żadnego chlania, papierosów, ani pierdolenia naiwnych. Były tylko różnice.
Był młody świadek życia, który nie lubił jej wierszy i prozy; który nie musiał patrzeć dojrzałym okiem na holocaust, ceny papierosów i kurew w czasach przedwojennych; który urodził się w nie całkiem wolnym, ale swoim Państwie; który nie widział jeszcze ile poświęceń człowiek jest w stanie popełnić dla bliźniego.
Był też stary świadek życia, którego czasy po prostu minęły; którego ostatnie tchnienia mają swe miejsca w najbliższych sekundach, ale dla którego los postanowił nie pozostawiać miejsca dla pisania – dalszej spowiedzi.
Było bez fajerwerków, bez najświętszych słów ich życia, ani pseudo-inteligentnej rozmowy przy papierosach polegającej na wymienianiu się tytułami utworów, które być może pasowałyby do liter z których mogłyby być złożone zdania dialogu (pomijając że jej nie lubił – Gombrowicz się przysłużył!), ale mówiących o zupełnie innych historiach, problemach, mężczyznach i kobietach; bez udawania przez Hłaskę rówieśnika jeśli chodzi o doświadczenia życiowe i bez proponowania starej damie wódki, do której uczucie jego było jeszcze nieprawdziwe.

Piękny, utalentowany, ale dwudziestoletni jeszcze chłopak, trzymając ręce w kieszeniach i spuszczając głowę chroniąc się przed popołudniowym, grudniowym wiatrem, minął ją, rzucając tylko szybkie: „Dzień dobry”, myśląc, że do tej starej, schorowanej facetki, dwukrotnie zamężnej feministki, najlepiej pasowałby jej własny cytat:

Jedyną rzeczą, po jakiej poznaję swoje uczucie, jest cierpienie.