czwartek, 24 grudnia 2020

Euforia do Ognia

Jestem arcymistrzem w

tęsknocie się oddaję

drodze zawierzyłem kawie

słodkiej z tyłu na stacjach

krzyżowych, tych moich

różach i ogródkach i polach

do manewru losem szczęścia

dostałem dużo od Ciebie

nie uciekam w myślach

przegrywam z tęsknotą

nie można wygrać

można chyba z drogą

chciałem być także i dziś

wiem, że dostałem zakaz

wygrywa z tęsknotą

się karmię i liczę, że mnie spotka.


Bo nigdy nie zgaśnie Euforia do Ognia.

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Zostań



Wieczór. Czuć górski chłód mimo tego, że siedzę w samochodzie, pierwszym Grande Punto w rodzinie. Z przodu na miejscu pasażera siedzi mój dziadek, rozglądający się wokół spojrzeniem dziecka. Niewinnym, nierozumiejącym już większości ziemskich spraw wzrokiem, ale czekających jednak świadomie swojego syna, a mojego ojca. Czekamy przed Lewiatanem w Nowym Targu, ale tym pierwszym, przy cmentarzu. Zaparkowany samochód ukosem do sklepu pozwala oglądać zimową panoramę miasta, która właśnie tą porą roku pozwala doceniać dolinę, scalającą te skupiska kamienic i bloków, tworząc nierozerwalne z moją historią miasto.

Dziadek ma czarny płaszcz Bugatti, taki sam jak ja tamtych dni. Wiem więc, że jestem już dorosły i dziwne, że nie prowadzę samochodu, ale być może ojciec postanowił, że będzie wtedy kierowcą. Pamiętam, że gdy miałem osiemnaście lat, rzadko dawał mi prowadzić, gdy jechaliśmy z dziadkami do Nowego Targu. 

Mam półdługie, kręcące się na końcach włosy, twarz schowaną w cieniu. Jestem ubrany w jeansy, czarne oficerki, granatowy sweter i tak jak wspomniałem, płaszcz taki sam jak dziadka. Chyba nawet ten sam rozmiar, mimo tego, że jestem wyższy - dziadek wtedy jeszcze jest cięższy ode mnie. 

Pora dnia nie pozwala dostrzec szczegółów starych kamienic, ale czuję dym z kominów, surowość zimnego powietrza. Lubię tam jeździć. Lubię pić herbatę po długiej drodze, rozpakowywać się w tamtym domu. Staram się dostrzec swoje odbicie w lewym lusterku, potem oglądam zagłówki czarnego fiata, w którym siedzimy. Spoglądam na puste siedzenie obok mnie, kątem oka widzę wystające rączki wózka z bagażnika. Dziadek rozglądnął się raz wokół, kątem oka upewnił się, że jestem i znów spoglądnął w kierunku zniknięcia mojego ojca. Przenoszę wzrok z ogolonego lewego policzka, brody, niebieskich oczu i masywnego nosa na gwiazdy zaglądające przednią szybą, potem na deskę rozdzielczą.

      - Zaraz wrócą – mówię głośno i ciepło. 

     Przechylam ciężar ciała na prawy pośladek, lewą ręką chwytając siedzenie kierowcy, przechylam się i włączam radio. Zaczyna się „Video Games” Lany del Rey. Znam tę balladę. Rozumiem słowa. Tęsknię za wiadomym i niewiadomym. Za świadomym i nieświadomym. Cieszę się i jest mi przykro. Patrzę na gwiazdy, spoglądam jeszcze raz na dziadka. Łzy napływają mi do oczu, pozwalam wybrzmieć ostatnim dźwiękom pianina.


piątek, 20 listopada 2020

Tęsknię, więc jestem?

 


Długi czas zastanawiałem się, dlaczego w pewnych sytuacjach zachowałem się w konkretny sposób. Dlaczego pamiętam bardzo dokładnie króliki na wzgórzu w Żmiącej, gdy miałem dwa lub trzy lata? Dlaczego pamiętam dobrze chwilę, gdy filmowałem świeżo kupione Suzuki GS 500 w Nowym Targu nieopodal Długiej Polany? 

Cisza. Zimny, jesienny wiatr. Popołudnie. Widać tylko kontury lasu, piętrzące się do góry rzędy drzew. Parking wtedy jeszcze bez betonu, ze starą wiatą koło drogi, na której końcu zawijasów zaczynały się niepoznane przeze mnie gęstwiny. Kilka domów po drugiej stronie drogi, jeden z czerwonym, drugi z szarym dachem. Mogę się obracać w tej scenie. Najpierw obracam głowę w prawo, dopiero później obraca się moje ciało. Jestem całkowicie sam. Wyjmuję telefon z wewnętrznej kieszeni czarnej motocyklowej kurtki, włączam film. Opuszczam lekko dźwignię ssania. Włączam zapłon i odpalam motocykl lekko odkręcając gaz. Robię to szybko, żeby film nie był zbyt długi i żeby można było go wysłać przez Messengera. Wiem, o kim myślę. 

Jestem zadowolony. Motocykl, wtedy dwudziestoczteroletni, wyglądał na młodszy. Miał akcesoryjne lusterka, złote ciężarki kierownicy. LED-owe migacze. Sportowy tłumik. Kufer Givi z czerwonym paskiem, z którym od razu po kupnie miałem problemy i na Chabówce wyleciały mi dokumenty, bo źle go zapiąłem. Stanąłem wtedy na poboczu i szedłem po prostu po jezdni, żeby je zabrać. 

Znam doskonale kontekst całej sytuacji. Niedawno wróciłem z podróży z Auvers-sur-Oise na jedenastokonnym motocyklu. Oddałem go Junakowi i wróciłem na chwilę do rodziny. W Nowym Targu czekali na mnie z obiadem Babcia, Dziadek, Ojciec, dwa koty i pies. Jest 2016 rok, mam dwadzieścia jeden lat. Jestem rozdarty sercowo, mam niezdany przedmiot na studiach - uważam się paradoksalnie za człowieka bez żadnych problemów. Właśnie wróciłem z sześciodniowej podróży śpiąc trzy razy na dziko. 

Scena pośród tego lasu tamtego jesiennego dnia nie ma z pozoru żadnego znaczenia, jednak czuję od dłuższego czasu, że jest dla mnie składową wszystkiego, co nazywam sobą.

Dlaczego pamiętam pewien piękny dzień ze Słosinka? Wracamy z długiego spaceru wzdłuż jeziora. Ciągnę za sobą długi kij, udaję, że jestem Robin Hoodem, ale nikt tego nie wie. Mama ma czarne włosy zachodzące za uszy, które lekko jej się zakręcają na końcach zgodnie z kształtem ucha. Nosi kremowe spodnie i biały t-shirt z niebieskimi, pionowymi paskami. Od jakiegoś czasu skarży się na pogarszające się samopoczucie, problemy z oddychaniem. Z drugiej strony Mamy idzie mój brat. Chociaż jesteśmy bliźniakami, wygląda trochę starzej niż ja. Ma pomarańczową, starą czapkę z daszkiem. Jedną z wielu Taty. Ma ucięte rybaczki, z frędzlami na końcach, długie granatowe skarpetki, białe, zwykłe adidasy, którymi w tamtych dniach kopał ze mną piłkę, jeździł po chleb na rowerze, chodził się kąpać we wspomnianym jeziorze. Kilka metrów przed nami idzie mój Tata. Ma niebieską koszulkę wsadzoną w jasnozielone krótkie spodenki. W spodenki zaś włożony jest przeplatany, skórzany pasek. Nie widzę jego twarzy, bo spogląda na szczęśliwego brązowego kundelka, Zuzę, która zawsze była pierwsza, gdziekolwiek byśmy szli. Mam wtedy trzynaście lub czternaście lat. Nie jestem świadomy czekających nas smutnych dni. Spoglądam na Mamę podczas radosnego spaceru w porze przedobiadowej. Ta scena również się ucina i kończy.  

Dlaczego pamiętam siebie w dużym pokoju naszego mieszkania? Jest rok 2013, ale nie mam jeszcze skończonych osiemnastu lat. Nie ma nikogo w mieszkaniu. Meble zostały nieruszone. Włosy opadają mi na oczy. Wiem gdzie idę. Otwieram pierwszą szufladę starej komody, skąd dolatuje do mnie dobrze znany mi zapach - zapach rodziców. Po prostu. Wyciągam ulubioną, pomarańczową portmonetkę mamy. Dwie kieszenie, mapet w zielonych włosach. Przypominała Jej dzieciństwo. Chce mi się płakać, ale wtedy tego nie robię. Patrzę na firankę nie dotykającą podłogi. Wypadałoby ją wyprać. Scena się kończy. 

Próbowałem sobie wytłumaczyć, dlatego pamiętam niemal z fotograficzną dokładnością niektóre momenty z mojego życia, dlaczego tyle i dlaczego aż tak dużo. Ale przede wszystkim: dlaczego je pamiętam? Muszę się przyznać, że lubię je. Każda z tych chwil przywołanych przeze mnie powoduje rozluźnienie mięśni twarzy i oczu; zaczynam wpatrywać się we wszystko uważniej. Czuję miły rodzaj melancholii. Przepełnia mnie całego. Uwielbiam ją, bo miła melancholia nierzadko jest dla mnie smutkiem, ale z tą różnicą, że jest smutkiem kontrolowanym. Nie chciałem używać tego słowa, ale ten smutek nierozerwalnie złączony – mówię cały czas o swoim przypadku – z przeszłością sprawia, że zaczynam być świadomy kilku następnych chwil. Jestem wtedy całkowicie przepełniony tęsknotą ale jednoczesnym pogodzeniem się z przeszłością; wtedy naprawdę wiem, że jestem mężczyzną, ile mam lat, dlaczego ubrałem poszczególne części garderoby. Jestem pewien swoich uczuć i swojego miejsca na świecie, godzę się z następującymi po sobie najbliższymi sekundami. Wiem dokładnie czego chcę i mimo wspomnianego smutku cieszę się, że jestem świadomy kropli deszczu, drogi do sklepu, obecności bliskich mi osób, znaczenia granej piosenki; widzę przelatujące ptaki, czuję, że jest konkretna godzina i mimo świadomości popełnionych przeze mnie błędów w życiu, jestem pogodzony ze światem i samym sobą. 

Zrozumiałem, że jestem świadomy obecności nastroju, czyli czegoś, co wpływa na mnie, a nie jest tylko częścią mnie, w wieku dwunastu lat, gdy odprowadzałem kolegę ze szkoły podstawowej. Wracałem się do domu sam, ale nie miałem daleko. Kolega mieszkał obok moich dziadków na Rusznikarskiej, do domu miałem koło trzystu metrów. Po drodze mijałem przedszkole, do którego chodziłem po okresie ze Żmiącej i w końcu dochodziłem do mojego bloku z lat siedemdziesiątych. Wtedy, w czerwonym sweterku i krótkich czarno-niebieskich spodenkach, po raz pierwszy poczułem, że jest mi smutno bez specjalnego powodu i że lubię się tak czuć, chociaż dopiero niedawno zrozumiałem, że całe życie po prostu tęsknię za czymś, mimo świadomości pogodzenia się z teraźniejszością. To sprzeczne, ale tak jest i nie umiem tego lepiej opisać.

W pewnych etapach swojego życia zastanawiałem się, co tak naprawdę sprawia, że stajemy się tym, kim jesteśmy. Ja zrozumiałem niedawno, że jestem przeszłością. Zrozumiałem, że to, kim jestem w obecnej sekundzie, jest wypadkową miliona decyzji, miliona słów, spojrzeń, czynów i niesamowitych zbiegów okoliczności. Jestem niemal pewien, że szukanie i pamiętanie tych krótkich powiewów przeszłości, dzięki którym jestem świadomy konkretnej sekundy, w której się znajduję, to próba odkrycia sensu mojego życia, próba pogodzenia się z przeszłością; próba zrozumienia wspomnianej każdej sekundy, która sprawia, że zegar właśnie w tym momencie pokazał 20:14 i biegnie nieubłaganie dalej, nie czekając, ale pozwalając pojąć czas, który gdzieś, świadomie czy nie, utraciliśmy – to dobre słowo, nieważne, czy według Ciebie chwile Twojej przeszłości mają sens. 

Uważam więc, że jesteśmy po prostu konsekwencją swojej przeszłości, a jej wypadkową otrzymujemy konkretnie w tej sekundzie. Przyszłość, według mnie, a konkretniej plany na przyszłość, które posiadasz w tej konkretnej sekundzie, nie kształtują nas. Plany się zmieniają, chęć trzymania się diety i plany na wieczór też. Tak naprawdę każdy z nas, nawet najwięksi pragmatycy i ludzie przezorni żyją z dnia na dzień, z godziny na godzinę i z sekundy na sekundę, ponieważ są pewni tak naprawdę tego, że prawdopodobnie nie przejedzie ich samochód, gdy przejdą z salonu do ubikacji. Przyszłości nie da się przewidzieć i tym samym zaplanować. 

Od dłuższego czasu, tak jak wspomniałem, czuję bardzo silną potrzebę wyrzucenia z siebie wspomnień. Nie uczuć, które wtedy mi towarzyszyły, tylko samych wspomnień, ponieważ każde takie wspomnienie wyryte z niesamowitą precyzją wywołuje u mnie jeden konkretny stan emocjonalny sprawiający, że jestem świadomy tego, że żyję. To, co wtedy czułem ma mniejsze znaczenie, ponieważ w różnych etapach mojego życia percepcja emocji danego zdarzenia na pewno zmieniała się, chociaż mam wrażenie, że na końcu mojej opowieści uznam, że myliłem się. 

Jestem dwudziestopięcioletnim mężczyzną z podwiniętymi obydwoma rękawami białej, niewyprasowanej koszuli bez kołnierza. Mam przed sobą stygnącą herbatę malinową bez wyjętej torebki z białego kubka, szaro-zieloną bezprzewodową myszkę zwróconą w jego stronę, talerz z czterema namalowanymi bukietami kwiatów z kilkoma okruchami po świeżo wyjętej – bo już dwudniowej – i dopiero co zjedzonej drożdżówce. Widzę mojego odmawiającego powoli współpracy, kilkuletniego Xiaomi z rozbitym ekranem. Rozbity ekran od razu przypomina mi trzeci dzień podróży motocyklowej, gdy wracałem znad morza z Dawidem i Karolem. 

Za nami ponad czterysta kilometrów tego dnia, stajemy przy lepszym pierwszym przystanku autobusowym, przy ciągnącej się kilometrami prostej drodze wojewódzkiej na środku jakiejś wsi. Jest po 15, staramy się utrzymywać koło stu kilometrów na godzinę. Zatrzymujemy się nie z powodu potrzeb fizjologicznych, ale z powodu znaków, które wysyłaliśmy sobie z Karolem chwilę wcześniej za pomocą dłoni. Czuję, że papierosy spadły poprzez dziurę w czarnym kombinezonie gdzieś wewnątrz, i postanawiam je wyjąć, żeby zapalić. Wyjmuję wspomniane czarne Xiaomi z tej samej kieszeni i przed ściągnięciem kasku kładę je na kanapie czarnego Kawasaki. Ściągam po kolei obydwa rękawy kombinezonu, jednocześnie trącając telefon, który spada ekranem do dołu. Gdy patrzę teraz na ten martwy przedmiot przymusowo łączący mnie ze światem (poprzez niego muszę między innymi logować się w mojej korporacji) i dostrzegam, że mam zbity ekran, to od razu widzę, jak siedzimy na plaży w Ustce z Karolem i Dawidem i pijemy piwo drugiego dnia podróży motocyklowej. Pamięcią jestem tamtego wrześniowego wieczora, 2019 roku. 

Zastanawiam się, czy chwila, którą opisałem oraz przede wszystkim fakt, że jest jedną z tych, dzięki której czuję, że istnieję w tej sekundzie, rzeczywiście miała wpływ na moje życie - bo to, że wpływa na teraźniejszość nie budzi w moim odczuciu żadnego sprzeciwu. Zastanawiam się, dlaczego pamiętam konkretnie odpalanie motocykla, tam, w lasach, a nie obiad, który później z pewnością zjadłem. Dlaczego pamiętam wiele obiadów z mojego życia, ale tamtego właśnie nie? Zastanawiam się, dlaczego pamiętam tak szczegółowo sposób w jaki mój brat szedł ze szpitala, ale nie pamiętam, co robiłem później tamtego dnia? Takich przykładów moja pamięć trzyma w zanadrzu setki. Każdy jeden zatrzymuje mnie na moment i w efekcie coraz częściej powoduje, że zadaję sobie to pytanie: dlaczego? Co by się stało, gdyby usunąć jedno, lub kilka wydarzeń mojego życia, które wydarły w mojej pamięci nieusuwalne ślady? 

Tęsknisz?

niedziela, 4 października 2020

Moja walka.


Napisanie kilku obiektywnych zdań o „Mojej walce” Karla Ove Knausgarda, uważam za wyjątkowo trudne przez tragizm subiektywizmu.

To opowieść, gdzie płacz związany ze stratą ojca jest przeplatany ze szczęściem narodzin dzieci i późniejszymi pytaniami na temat tego, co faktycznie jest spełnieniem dla człowieka; pierwszy dotyk dziewczyny w wieku nastoletnim i związanymi z tym problemami wieku dojrzewania, ze złudną - jak się okazuje - pewnością dojrzałej miłości do pierwszej żony; gotowanie obiadu przez dwadzieścia stron ze sprzątaniem zarzyganego domu osuwającej się w tragiczną, bo nieświadomą przez babkę nicość. To książka, w której wątpienie w konieczność kolejnych oddechów bez spełnienia, przerywane są koniecznością zrobienia prania; gdzie górnolotne słowa określające wybitność Rembrandta i próbę zrozumienia wybitności Heideggera przerywane są przez strach przed próbą własnej męskości związanej z wyważeniem drzwi od łazienki; gdzie większość „Mojej walki” opisuje życie, ale zaczyna i kończy się śmiercią.

W sposób obiektywny każdy może stwierdzić, że Karl Ove Knausgard stworzył własny styl, chociaż wielu porównuje go błędnie do Marcela Prousta - jest to jednak porównanie trafne tylko w kontekście objętości dzieła. Być może założenie to jest niepełne, przesłonięte wspomnianym tragizmem subiektywizmu. Nie wiem. Wiem za to, że obojętnie czy się mylę czy nie, Knausgard napisał jedno z najważniejszych dzieł w historii literatury – szukał miejsca dla siebie samego, a stworzył ujście dla poszukiwaniu sensu w (paradoksalnie) utraconym czasie dla wszystkich nas.

Mój tragizm subiektywizmu polega na tym, że nie widzę próby Knausgarda pogodzenia się po śmierci ojca, tylko śmierć swojej matki, gdy też nie byłem na to gotowy; jego ból miłości to moje błędy; jego pobyt na porodówce i czekanie na pierwsze dziecko uświadamia mi, że za kilka dni sam zostanę ojcem. Że też wydałem. Że też w ludziach poszukuję pierwiastków szczęścia, sprawiających, że dni stają się znośniejsze. Że nawet gotowanie obiadów na dwudziestu stronach jest częścią mojej codzienności. Że ta codzienność jest częścią świadomej walki.

Mojej walki.


czwartek, 13 sierpnia 2020

Dobranoc

 

Dobranoc Kochanie. Ja tylko szepnę,

że spokojnych poranków Ci zazdroszczę.

Zasypiania bez zmartwień, gdy ja oszalały biegnę -

żałuję, że pośród błędów zbyt szybko dorosłem.

 

Ta kołysanka miała być dla Ciebie, ale nie wiem kogo już pytać.

Stoję sam na moście, policja już jedzie - czuję to w pijanych nozdrzach.

Nie zakończę odpowiedzialności umiejąc pływać,

mam też za mało snu, sznura i ostrza.

 

Witaj ciemności, mój zapomniany przyjacielu.

Nie tęskniłem za Tobą, ale codzienność przypomina,

że znów doświadczymy razem dni wielu

i nawet we śnie będę świadom, że to moja wina.

 

Chociaż życzono mi śmierci - tam, wtedy, na moście - mówicie, że żyć trzeba.

Nie martwię się, z każdym dniem wszyscyśmy coraz bliżej nieba.

 

Chciałem nie być słaby. Nie chciałem nie być silny,

ale nadeszła moja chwila i wywołałem się

 

samotnie

 

z szeregu winnych.

poniedziałek, 4 listopada 2019

Wchodzę



Nikt już nie zdobywa koron, by spoglądać na gwiazdy.
Przecież wyrośliśmy z bucików, a drzewa nie nasze,
przecież zmieniamy już kolor, nie-bracie liściasty;
a przecież żadna z lśniących kochanek nie odbiera nam marzeń.

Wszyscy się wstydzą kochanek – ja patrzę jeszcze.
Wstydzę się zapominać o koronie, ona zsyła podmuchy -
ja jestem zwykłym liściem padającym na wietrze
i w tymczasowych znaczeniach tak jak one kruchy.

Gdy będę zdychał, nie chciałbym prosić o więcej,
tylko o znaczenie miliona moich tchnień, czyli sekundę wieczności.
Początkiem powrotu do Boga będą moje buciki dziecięce,
końcem - los mój w tej pieprzonej grze, rzucony przez niego w kości.

Pierwsze kroki przyszłych dzieci będę pamiętał do ostatniego westchnienia
ich słodkie pocałunki i serca złamane,         
gorzkie papierosy po słodkich uniesieniach
i was wszystkich sekundowych na wietrze wezbranych.

Więc daj mi Boże zbyt długą drogę, zbyt małe buciki, no i gorące usta,
a ja będę całe życie wchodził na korony drzew i spróbuję chociaż raz ustać.





niedziela, 6 stycznia 2019

Nocleg na jednym z najsłynniejszych obrazów w historii, czyli metafora mojego życia.


Często myślę o swoich podróżach i szukam tego jednego dnia, tej jednej chwili, tego jednego okresu z mojego świadomego życia – choć, muszę przyznać, to po prostu króciutkie okresy zawierające się w jednym zbiorze tychże okresów, najczęściej podobnych do siebie: gdy postanawiam myć się codziennie, włosy i zarost skracać po trzy długości golarką elektryczną, prasować sweter i eleganckie, stonowane koszule, czy używać drogich perfum – który był w moim życiu w drodze najważniejszy i po głowie chodzą mi przeróżne momenty z mojego życia, o których nie pisałem.
Przypomina mi się szesnastoletni chłopak z Cockerem i Stereophonic na słuchawkach, jadący na 11 konnym motocyklu w mroźne dni, w dobrej, czarnej Modece, ale zwykłych butach, puszczających zimno rękawiczkach i tylko ochraniaczach na kolana i golenie (i późniejsze nieprzespane noce przez przewiane mięśnie i stawy). Przypominają mi się półdługie włosy i odkładanie każdego grosza na paliwo - raz nawet zatarłem silnik, bo żal mi było pięćdziesięciu złotych na olej – wolałem zawsze gdzieś pojechać. A wtedy motocykl był całym moim światem: raz byłem starym harleyowcem, gdy usiadłem bliżej baku i wlokłem się przepisowo, po okolicznych miejscowościach, a innym razem miałem ścigacza, gdy owiewkę spuszczałem niżej i siadałem na tylnym siedzeniu, by opuścić korepetycje z angielskiego i pobić chociaż o kilometr rekord prędkości.
Przypomina mi się ta piosenka, „Maybe Tomorrow”, która była wtedy ze mną wszędzie. Wtedy, gdy nie mogłem zapiąć gaci z zimna na granicy Słowackiej w zerowych temperaturach podczas wagarów w czasach licealnych i wtedy, gdy stałem pod jedną z tych drewnianych wiat na podhalańskich zadupiach w deszczu i planowałem, że już, zaraz pojadę w prawdziwą podróż, tylko zdobędę się na większą odwagę. Była też ze mną wtedy, gdy podczas mroźnych zim czytałem o jeszcze większych popaprańcach ode mnie, którzy te okresy bycia w drodze wydłużali do nieskończonych wtedy dla mnie rozmiarów; była wtedy, gdy na wiosnę spałem po raz pierwszy w życiu w tanim namiocie koło domu i się strasznie bałem, chociaż nikomu o tym potem nie powiedziałem i była ze mną wtedy, gdy jako siedemnastolatek zrobiłem około 1300 kilometrów do domu nad morzem i spowrotem.
Myślę wciąż o tej jednej chwili, w ten kolejny, mroźny, dziwny wieczór i widzę więcej: siebie w wieku osiemnastu lat, przeraźliwy strach przed pierwszą, prawdziwie samotną podróżą bez określonego celu i to, jak odpadał mi wtedy źle przywiązany namiot i bolał tyłek, bo cały czas odkręcającą się szybę wsadziłem na tylne siedzenie, a kupowane w wielkim stresie i zmęczeniu papierosy gdzieś na wschodzie Polski zalały mi energy drinki. Przypomniałem sobie nawet, jak brudna była moja twarz i ręce w drodze i jak wstydziłem się wtedy tego, ale wieczorem, po ukąszeniu przez przynajmniej 10 komarów za Białymstokiem siedziałem sam na czyichś polach i paliłem jedynego ocalałego papierosa. Wyobraźcie sobie tamten moment: pierwsza prawdziwa noc na dziko i ja sam na polach. Nie miałem pojęcia o byciu w drodze – nie wziąłem wtedy nawet karimaty i pół nocy miałem nieprzespaną. Nikomu wcześniej o tym nie mówiłem. Następnego dnia był morderczy rajd, ponad 17 godzin w drodze. Będę pamiętał tamten dzień do końca życia, z trzepiącym się motocyklem od prędkości, nieładującym kablem do telefonu, bez nawigacji, bólem karku i zmęczenia. Nie był to jednak TEN moment. To był dopiero początek.
Piłem piwo przy minusowych temperaturach zimą w samochodzie odwiedzając Bratysławę, Budapeszt, Wiedeń i Pragę w dwa dni, czy jedząc rybę nad morzem przy stojącym obok czarnym streetfighterze, dwieście pięćdziesiątce. Byłem samochodem w Rumunii i  nawet w Paryżu, gdzie miałem wielkie szczęście odwiedzić jeszcze raz Francję, po nieudanym ataku na Afrykę w 2016 roku na dostarczonym chińskim Junaku 125, a w wakacje 2018 zaliczyłem najdłuższą podróż w swoim życiu, docierając aż do Barcelony na turystycznym BMW.
Miałem szosówki, turystyka, małego sporta i nawet cruisera 700cm3, który budził rano mieszkańców sąsiedniego bloku i przerywał lekcje na uniwersytecie; zrobiłem przynajmniej 10 tysięcy kilometrów motocyklem w deszczu, miałem dwa wypadki w Polsce, jeden w Niemczech, ale przede wszystkim spotkałem mnóstwo życzliwych ludzi na swojej drodze, którzy nie zmienili mnie bezpośrednio, ale przyczynili się w całej tej kupie moich wariackich przygód do zmiany siebie.
Przypominam sobie to wszystko i cały czas myślę o tym jednym dniu, tej jednej chwili, która była dla mnie najważniejsza w tym zbiorze okresów bycia w drodze i w końcu dociera do mnie ta chwila, ten jeden moment.
Chwilą, którą będę pamiętał do końca życia, którą będę opowiadał swoim wnukom, której nie żałuję i co więcej, z której jestem dumny (bo chwila ta ukazuje idealnie mnie – jest wariacka, z pozoru na wpół dojrzała, ale wywołuje zawsze uśmiech, cudowne wspomnienia i wewnętrzne zmiany), to jeden krótki wieczór z końcówki lata 2016 roku, gdy spałem dokładnie w tych samych polach, które namalował Vincent van Gogh w lipcu 1890 roku, w Auvers-sur-Oise.
To był trzeci dzień w siodle, miałem na sobie brązowe trzewiki, czarne rurki, i czarną skórę. Popołudnie francuskimi ekspresówkami zaczynało tracić ostatnie tchnięcia dnia. Aura zrobiła się ponura, niebo wściekle granatowe. Nie czarne, tylko właśnie granatowe, co wywoływało we mnie przejmującą ciekawość, i ten rodzaj adrenaliny, jakbym miał odkryć zaraz jakąś tajemnicę. Gdy dojechałem do Auvers, wieś wydała mi się prawie całkowicie opustoszała – pewnie ze względu na porę. Wjechałem od dziwnej strony, bo od razu za znakiem zorientowałem się, że minąłem przecież jeden z obrazów – kościół w Auvers. Potem, odpuszczając zwiedzanie wsi (co nastąpiło potem), wjechałem stromą drogą na samą górę, nie wiedząc uprzednio, że znajduje się tam cmentarz i słynne pola. W ogóle samo miejsce jest przedziwne: cała wieś to ciasne uliczki i zbite domy, a za tą dróżką płaska, duża przestrzeń wynurzająca się z lasów.
Spędziłem tam więcej czasu niż powinienem, bo zaczęło robić się zimno, a ciemno było już zupełnie. Postanowiłem jeszcze zobaczyć gospodę Ravoux, gdzie zmarł Vincent i dom Paula Gacheta, aż w końcu zorientowałem się, że pora szukać noclegu. Tu miałem utrudnione zadanie, ponieważ wtedy internet był jeszcze drogi i skończyły mi się pieniądze na telefonie. Kluczyłem po całym Auvers i nie mogłem znaleźć nic, wzrastała też frustracja, bo wiedziałem, że tego dnia nie skontaktuję się z rodziną.
Po kluczeniu dobrą godzinę, do głowy na dobry nocleg przyszły mi tylko „Pola pszenicy z krukami”. Było już późno, cholernie zimno, więc pomysł uznałem za dobry.
Wjechałem główną ścieżką tych pól motocyklem, jak leci, na wyłączonych światłach. Na końcu pól ciężko było znaleźć równy teren, a ponadto było tak zimno, że złamałem stelaże od namiotu. Tamta noc zapadła mi właśnie najbardziej w pamięć: daleko od domu, z połamanymi stelażami, nikt nie wie o tym, gdzie jestem; przed sobą kawałek szmaty, pod którą będę spał w temperaturach spadających prawie do zera, ale jednak szczęśliwy! Byłem szczęśliwy, w śmiesznej bandanie założonej na głowie jak to robią starsze babcie, z dwoma piwami i brudnym, przemarzniętym tyłkiem.
To jestem cały ja – jutro znów włożę koszulę i płaszcz, spędzając cały dzień w drodze, w pracy, słuchając opowiadań dziesiątek ludzi i spotkam się też pewnie niedługo z Tobą - jak zobaczysz, że mam głupawkę, to znaczy, że przypomniałem sobie, że srałem kiedyś w przydrożnych krzakach i spałem na gołej ziemi w śmiesznej chuście wiele kilometrów od domu, na jednym z najsłynniejszych obrazów w historii sztuki.
I wiesz co? Wtedy pomyśl, proszę, że życie jest zbyt krótkie, żeby być zbyt poważnym. Każdy przecież ma swój obraz i przydrożne krzaki, w których się załatwił, odpalił papierosa i zaczął gwizdać. Z uśmiechem.